Te myśli

Macierzyństwo to nieustające poczucie winy!

Czułam się winna już w dniu porodu. Spytacie dlaczego? Otóż planowałam inne zakończenie mojej ciąży… Mimo, że decyzja o CC była podjęta za mnie (duża główka – 37cm, waga dziecka i fakt, iż byłam 10-tą dobę po terminie) to wzbudziła wewnętrzne emocje i wmawianie sobie, że jestem gorszą matką.

Pamiętam jak wysyłałam pierwszego smsa do znajomych z informacją o narodzinach – napisałam „Dziś na świat przez CC przyszedł nasz mały wielki człowiek. Ma na imię Aleks, waży 3970kg, mierzy 56cm…” . Jakbym chciała wykrzyczeć światu, że NIE – nie urodziłam naturalnie. Chciałam chyba uniknąć pytań z cyklu „rodziłaś naturalnie, czy przez cc?” i wyjaśnień dlaczego. Ale to mój wewnętrzy problem, z którym długo nie mogłam sobie poradzić. Wpływ na tak złe ocenianie siebie miała chyba szkoła rodzenia, na której nasłuchałam się, jak wiele zalet dla dziecka i kobiety niesie poród naturalny…

Moje poczucie winy rosło, gdy okazało się, że mój pokarm nie wystarcza Aleksowi. Z czasem nie wiem, czy zbyt szybko się poddałam, czy te kolki mnie przygnębiły, czy faktycznie mój pokarm nie wystarczał. Karmiłam tylko 1 miesiąc, potem było dokarmianie, aż samo mm (mleko modyfikowane). Pamiętam jak jeszcze będąc w ciąży zaśmiałam się, że karmiąc piersią zaoszczędzę kasę, którą wydam na przyjemności a… było jeszcze inaczej. Aleks nie tolerował częściowo laktozy, więc podawaliśmy mu Bebilon HA, który jest prawie 2 x droższy. Moja frustracja rosła, gdy miesięcznie wydawaliśmy na mleko 300zł. Dlatego nie ma co planować!

W dodatku kolki – straszne kolki! I sytuacja, w której nie wiem jak pomóc dziecku. Gdzie te wizje wspólnego leżenia na łóżku, długich spacerów, tulenia. My całe dnie kołysaliśmy na rękach! Kołysaliśmy? Ba! robiliśmy przysiady pod okapem, byle by nie płakał… w końcu minęły 3 magiczne miesiące i kolki odeszły.

Czas między 3-6 miesiącem był chyba najpiękniejszym… w końcu poczułam się dobrą mamą. Mieliśmy czas tylko dla siebie i na zabawę.

Ale sielanka nie trwała długo. Zbliżał się 6 miesiąc – czas na samodzielne siadanie, następnie raczkowanie… a TU klapa ;-) zaczęliśmy więc rehabilitacje, na której usłyszałam, że to moja wina, gdyż wyręczam swoje dziecko. Jak to? Jestem za dobrą matką? Po co więc tak długo o to walczyłam? Zaczęłam błądzić w swoich myślach… Najważniejsze, że już po 4 spotkaniach Aleks radził sobie świetnie, a ja … zmieniłam podejście i pozwoliłam mu znów płakać ;-) Nie żałuję bo jest teraz rezolutnym chłopcem.

Tak samo nie żałuje decyzji o puszczeniu go do żłobka. Wtedy też czułam się winna… wina, że chcę znów poczuć się kobietą. Mieć czas na makijaż, spotkać się z ludźmi, po prostu wyjść sama z domu – po prostu znów pracować. Wokół tyle mam które postanowiły zostać w domu, dlaczego ja nie chcę skoro nasze fundusze na to pozwalają…? Ale ja widzę same plusy w rozwoju Aleksa, dużo czerpie od innych dzieci (nie tylko bakterii:P). Robi wiele rzeczy których go nie uczyliśmy, naśladuje, ładnie mówi, sam je. Czego chcieć więcej?

No właśnie … czego? Jak pisałam w ostatnim poście warto mówić o swoim nie idealizmie, wspierać inne mamy by nie czuły się gorsze. Czułam się gorsza tylko dlatego, że ktoś dał mi to odczuć. Dlatego staram się wspierać mamy w tych trudnych sytuacjach. Nie każde dziecko rozwija się tak jakbyśmy sobie to wyobrażały – a baty otoczenia zbiera mama ;-). Bo przecież bunt dziecka to też Twoja wina ;-) Ah to piękne macierzyństwo!

Zobacz także

Komentarze

17 odpowiedzi na “Macierzyństwo to nieustające poczucie winy!”

  1. Ewa:) napisał(a):

    haha:) troche mnie ubawiłas bo to chyba taki matczyny standard:)ja koniec mojego karmienia wspominam jako tragedie zyciowa;P miałam przogromne poczucie winy, ciagle wyłam i sie denerwowałam..walczyłam ile sie dało, ale jak po 5 miesiacy zycia odciagałam laktatorem na raz 20ml to zwatpiłam…stwierdzialam ze albo koncze ta nierózna walke albo sie wykoncze…teraz wiem ze droga która obralam, bo od poczatku skazana na klęske, wymyslilam ze bede karmic mieszanie co niestety nie wyszlo bo w cyckach coraz mniej, laktator nic nie sciagał, dziecko ssac juz w ogole nie chciała(sylikon jego love:P). poddałam sie i baaardzo długo miałam poczucie winy..teraz sie z tego smieje chociaz wiem juz ze nie popelnie błedu o daniu mm przy kolejnym dziecku..jak bedzie kryzys to udam sie do doradcy a nie do sklepu po mm;) no ale było mineło, nie ma co sobie juz wyrzucac:P po nieudanym kp dlugo długo był spokój, az do złobkowej decyzji…tutaj moje wyrzuty osiagneły apogeum..chociaz wiem ze to najlepsze dla nas wyjscie to łatwo nie jest…moje dziecie idac do złobka bylo bardzo samodzielne, samo jadło, załatwialo sie, zasypialo, ale mimo to czułam gdzies z tyłu głowy oddechy rodziny ze to nie jest dobry czas…a jak jest naprawde tego nie wiem…nie wiem czy dobrze zrobilam, nie wiem czy kolejnego malucha bym posłala…na pewno nie wczesniej niz przed 2 rokiem zycia i licze ze zycie mnie nie zmusi do zrobienia tego wczesniej;)
    a jak Aleks w złobku?duzo choruje?jak urodzisz to bedziesz go dalej dawac czy zostawisz w domu zeby zarazy nie znosil;)?

    • Magdalena Rowińska napisał(a):

      heh „matczyny standard” fajnie to ujęłaś ;-) U nas zapowiadają się duże zmiany. Jednak wyprowadzamy się z Wrocławia więc muszę zrezygnować ze żłobka. Z racji, iż zamieszkamy bliżej moich rodzinnych stron to liczę na pomoc mojej mamy, stąd Aleks będzie z nami. Możliwe, że unikniemy wspólnego zarażania się więc dzieci. Ale przyznam, że trochę mi szkoda, bo widzę jak ładnie sobie radzi sam. Potrafi się bawić już nie oczekując kogoś obok. Hmm będziemy się starać o żłobek w nowym mieście, jeśli się nie uda bo to jednak będzie marzec, to oddam go we wrześniu do przedszkola;-) Czas pokaże!

      A z karmieniem doskonale Cię rozumiem, teraz mam zawzięcie, że nie dokarmię, ale czy mi się uda? :P jak będzie płakało to pewnie nie dam rady.. i znów „CZAS POKAŻE”. Ja już nic nie planuję!

      • Ewa:) napisał(a):

        o kurcze to jednak wyprowadzka…ale juz tak na stałe czy planujecie wrocic do wroclawia? u nas tez kiespko z pomoca bo rodzice daleko a wyprowadzka w rodzinne strony nie wchodzi w gre:/ dlatego odwlekam decyzje o drugim dziecku bo w tej sytaucji zameczylibysmy sie wszyscy;/ w sumie fajnie to wymysliliscie, bedziesz troche odciązona i zawsze jakas opcja w razie problemów jest:) na wiosne ze zlobek tez troche lepiej bo mam wrazenie ze troche mniej zarazy wokól;) tak czy siak oby wszystko sie ułozyło po waszej mysli:))
        ja tez nie planuje bo z reguly konczy sie to zupelnie inaczej niz bym chciala;P ale o cyca walcz, w razie czego uderzaj do poradni laktacyjnej:)

        • Magdalena Rowińska napisał(a):

          Tak, teraz uderzam do poradni, nawet zapisałam sobie kontakty ;-)) wtedy nie byłam przygotowana. Wyprowadzka na stałe, potem planujemy budowę – jak Bóg da. A pomoc rodziców jest nieoceniona, to fakt. Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • Aga napisał(a):

        o szkoda , że Aleks nie będzie chodził już do Odkrywców :/. A gdzie się wyprowadzacie jeśli można sytać? My też realnie mieliśmy się wyprowadzać pod Wrocław, na razie zrezygnowaliśmy z tych planów ze względów finansowych, ale może jeszcze wrócimy do tematu , cały czas biję się z myślami co zrobić. Moja mama jak to mama stanowczo mi odradza, wyprowadzkę na wieś, ale nie ukrywam , że nasza sytuacja finansowa stanowczo by się poprawiła , aczkolwiek zabrakło nam kilkadziesiąt tysięcy złotych do zrealizowania naszych planów :/. Puściłam nawet totolotka , ale niestety nie mam szczęścia. Nie mam pomysłu na dorobienie trochę grosza, a bez tego ani rusz. Już teraz potrzebujemy więcej miejsca, bo ciasne mamy mieszkanie.

        Co do cc, to ja też rodziłam synka w ten sposób, ale nie był to dla mnie dramat , może dlatego, że od razu wiedziałam , że mam duże dziecko, duży obwód główki i brzuszek wybiegający od reszty o 2 tygodnie do przodu….lekarz zalecał wystawić zalecenie do cc, kazał mi się nad tym zastanowić, poinformował o zagrożeniu i ewentualnych poważnych powikłaniach zdrowotnych u dziecka – nie miałam wątpliwości, że jednak wolę rodzić w ten sposób. Zdrowie i życie mojego dziecka było najważniejsze i bezcenne! Niestety mój synek się pospieszył i urodził 4 dni przed terminem – nie zdążyłam iść na wizytę do lekarza , po zaświadczenie o wskazaniu do cc :). Niestety na usg przed porodem wyszło że dziecko waży 3300! Zbagatelizowali mój wydruk z usg z wizyty u lekarza prowadzącego sprzed 2 dni, że dziecko ważyło już wtedy 4032 i musiałam rodzić naturalnie , poród zakończył się komplikacjami. Kiedy usłyszałam , że tętno dziecka spada to mało nie dostałam zawału! Pędem zabrali mnie na salę operacyjną , a ja płakałam jak wariatka, modląc się i prosząc Boga o pomyślne zakończenie porodu! Wszystko było mi wtedy obojętne! Marzyłam o tym, żeby wyjęli już wreszcie mojego synka z brzucha! Na szczęście synek urodził się cały i zdrowy z wagą bagatela 4080. Byłam w szoku błędu z jakim aparat usg zaniżył wagę dziecka! Teraz sobie myślę, że nigdy więcej porodu naturalnego. Męczyłam się do rozwarcia 8cm na nic! Ryzykując tylko zdrowie i życie dziecka! Jeśli lekarze sugerują cc to wiedzą co robią i nie podejmują tej decyzji pochopnie. Moja lekarka prowadząca powiedziała, że dziecko było duże, źle wstawiało się w kanał rodny i nie było szans urodzić go naturalnie. Ja się pogodziłam z faktem, że będę rodzić przez cc , bo miałam kilka dni na oswojenie się z sytuacją i przeanalizowanie wad i zalet mojej decyzji. Jednego czego żałuję, to tylko tego, że nie wzięłam tego zaświadczenia już w piątek – lekarz kazał mi przemyśleć do poniedziałku , a ja w sobotę trafiłam na porodówkę. No i oczywiście strasznie, ale to strasznie ubolewam nad tym, że nie mogłam dostać synka zaraz po porodzie do przytulenia jak to jest w wypadku porodu naturalnego. Mleka miałam ponad normę, wykarmiłabym trójkę dzieci – często robiły mi się przestoje , ale laktację powinno się stymulować prawdziwym laktatorem np. medela lactina, do wypożyczenia w poradniach laktacyjnych. Koszt wypożyczenia na tydzień 100-150zł, ale warto zainwestować te pieniądze, skoro tak jak piszesz wydawałaś miesięcznie 300zł na mleko modyfikowane. Ja tym laktatorem odciągałam mleko za często i tak rozhulałam sobie laktację, że przez 3 miesiące nie mogłam jej unormować, to dopiero był koszmar :).

        • Magdalena Rowińska napisał(a):

          Wyprowadzamy się do Oleśnicy, więc nadal miasto. Z tymi finansami to tak jest, my idziemy na wynajem, kosztem wynajmu naszego mieszkania. Różnica w metrach (dodatkowym pokoju). Szkoda mi naszego mieszkania, tym bardziej, że urządziliśmy je sami, według własnych preferencji, a teraz idziemy na czyjeś – kuchnia i łazienka według ich planu, jedynie pokoje zmodyfikujemy by czuć się jak u siebie ;-))

          W totka też nie mam szczęścia – więc spokojnie ;-)))

          Co do porodu, to ja trafiłam do szpitala niby z sączącymi się wodami. Byłam nastawiona, że zaraz rodzę! ;-)) adrenalina również była, a tu … wzięli mnie na porodówkę, dali antybiotyk i co… fałszywy alarm. Tak trafiłam na patologię ciąży. I czekałam na poród, przez 6 dni przez moją salę przewinęło się 6 kobiet i wszystkie szczęśliwie i szybko rodziły, a ja nadal czekałam… Wzięli mnie na usg, waga 4350g, główka od początku i brzuszek na przód 2 tygodnie (ale mój lekarz nie sugerował cc, a ja nie prosiłam, byłam nastawiona na naturalny). Po usg w szpitalu, podczas wizyty przynieśli „papier” i powiedzieli … proponujemy cc, naszym zdaniem jest zbyt duże ryzyko powikłań, poród jutro o 9. A ja wcale nie przygotowana na taką informację, przecież od początku miałam duże dziecko (o 2 tygodnie w przodzie), i jak to: jutro? Usłyszałam, że to moja decyzja … mogę nie podpisać i czekać. Wolałam nie ryzykować.

          Pozdrawiam serdecznie!

          • Aga napisał(a):

            Słusznie zrobiłaś :). Ja urodziłam już z zielonkawymi wodami płodowymi ,a urodziłam po 12h od momentu kiedy mi odeszły :). A kiedy wyprowadzka :(? Strasznie mi jakoś szkoda , że wyprowadzacie się ….mimo że się osobiście nie znamy to jakoś się zżyłam…mieszkamy „po sąsiedzku” , dzieci mamy w tym samym żłobku… eh… My myślimy o kierunku Radwanice, Siechnice (te okolice)

          • Magdalena Rowińska napisał(a):

            Nic straconego, możemy się poznać! ;-) Tego mi właśnie brakowało we Wrocławiu – znajomych, wspólnej kawy, plotkowania. We Wrocławiu mam znajomych tylko ze studiów lub takich którzy dzieci jeszcze nie mają – wniosek jeden: znajomość się urywa. Teraz będę mieszkać wśród znajomych, rodziny i to mnie najbardziej cieszy! Codzienność będzie inna. Już koniec z samotnymi spacerami. Mimo, że jestem na forum mam z Wrocławia z żadną się nie poznałam ;( moje rejony jakoś nie sprzyjały nowym znajomościom (mało parków, placów zabaw). Pozdrawiam!

  2. ola napisał(a):

    Coś w tym jest. Mój syn też przyszedł na świat przez CC (nie mówię, że go urodziłam tylko wyjęli mi go z brzuszka). Ważył 4500 (dokładnie tyle wyszło na USG) i miał brzuszek większy niż głowę. Nikt nie wie skąd ta waga skoro ja przy wzroście 175 wazę 53 kg, do otyłości mi daleko. Na sposób rozwiązania nie protestowałam, było przede wszystkim za duże ryzyko uszkodzenia dziecka, a i dla mnie niebezpiecznie rodzić naturalnie takie duże dziecko. Maluszek zdrów jak ryba, 10 pkt. Za to ja później strasznie cierpiałam. Duże dziecko, macica nie chciała się o kurczyć, krwotok, anemia, przetaczanie krwi. Dopiero po dobie pozwolili mi spróbować wstać. W ogóle nie myślałam o dziecku, byłam tak wykończona że nawet nie prosiłam by mi go podali – tu moje wyrzuty, gdzie miłość od pierwszego wejrzenia, tulenie skóra do skóry? Na szczęście z karmieniem nie było większych problemów – karmiłam 10 mscy i przestałam bo chcieliśmy już druga dzidzie. Teraz jestem w ciąży i nie mam wątpliwości , że też chcę cesarkę. USG ma duży margines błędu więc nawet jeśli pokaże moje dziecko jako dużo mniejsze nie będę ryzykować jego zdrowiem, bo boję się nie tylko o niego ale i o siebie.

    • Magdalena Rowińska napisał(a):

      Tak, tym samym się kierowałam podpisując zgodę na cc. Nigdy nie wybaczyłabym sobie gdyby coś się stało złego podczas porodu wyłącznie dla zasady, że chciałam rodzić naturalnie. Dlatego popieram takie decyzje, tu zawierzyłam lekarzom. Jeśli określili, że nie dam rady, to po co ja mam im udowadniać? Teraz też nie wiem jak zakończy się mój poród, staram się o tym nie myśleć. Na razie Ignaś siedzi pośladkowo i jakoś dziwnie się ułożył, że ma małe szanse na fikołka, ale.. kto wie;-)))

  3. Estii napisał(a):

    Wyrzuty sumienia…nie rozumiem, każda mama chce dla swojego dziecka jak najlepiej ale dziecko czasami ma nieco inną wizje. Moja Julia mając kilka tygodni strasznie siłowała główkę, często słyszałam od innych czemu ty jej tak pozwalasz??? A przepraszam bardzo co ja miałam zrobić? Ona po prostu była mala siłaczką. Mając 5 miesięcy sama już siedziała a mając 10 już chodziła, ba biegała:-). Piersią karmiłam miesiąc i nie żałuję, bo przynajmniej po przejściu na mm Julka nie była głodna. Bebiko i NAN nie mogła- skaza białkowa więc lekarz polecił nam Nutramigen- na receptę zaledwie 11 zł :-). Podsumowując proszę się mi tutaj nie dołować. Każda z NAS-MAM jest na swój sposób WYJĄTKOWA. Dzieci też są różne-jedne potrzebują więcej zabawy, inne więcej snu. Uwielbiam twój blog. Zasada nie wmawiamy sobie że jesteśmy złe.

    • Magdalena Rowińska napisał(a):

      Dziękuję. Ale dużo zależy też od naszego charakteru i wewnętrznego „JA”. Od zawsze byłam mniej pewna swych racji.. choć zaczynam się tego uczyć o czym pisałam w poście pt. Jak macierzyństwo zmieniło mnie jako kobietę ;-)

      ciesze się, że są kobiety które nie przejmują się tym czy karmiły, jak rodziły oby więcej takich! a mniej z poczuciem winy jak Ja ;-)

  4. Emilia napisał(a):

    też miałam CC i równiez nie mogłam sobie z tym poradzić….nie chciałam wszystkim tlumaczyć dlaczego…to było straszne.
    Dlaczego piszesz,że pozwoliłaś mu znów płakać? O co chodzi?

    • Magdalena Rowińska napisał(a):

      O fakt, że wyręczałam Aleksa. Jeśli chciał jakąś zabawkę podawałam mu ją, jeśli jedliśmy obiad, a on nie mógł do Nas „przyraczkować” to go brałam. Po prostu działałam szybciej niż on – tzn. znałam jego potrzeby, a więc nie dopuszczałam do płaczu. Aleks nie płakał w ogóle bo miał co chciał, miał mnie w 100% dla siebie. Nie było sytuacji aby coś było ważniejsze od niego.. chciałam mu zrekompensować czas w którym walczyliśmy z kolką. A po rozmowie z neurologiem zrozumiałam, że nie tędy droga. Jeśli coś chce musi sam, nawet jeśli sprawia to mu trudność, ale musi osiągnąć sam.

  5. Olcia napisał(a):

    Madziu ja przy Adasiu tez miałam depresje i w sumie mało co pamietam z jego początków :( dokarmialam bo wychodziło ze młody głodny i chciał ssać pierś jedynie na śpiocha, bo na „trzeźwo” nawet nie chciał spojrzeć, wiec karmiłam tak naprawdę przez 3 miesiące a cały czwarty leciałam na laktatorze zeby chociaz przez cały dzien sciągnąć na jeden posiłek. W piątym miesiącu juz odpuściłam bo nie miałam sił, ale ból psychiczny ze za słaba jestem trzymał sie długo.
    Nikt mi nigdy nie powiedział ze trzeba kłaść dziecko raz na jednym boku raz na drugim, Adas spał głownie na brzuszku z głowa skierowana w jedna strone wiec czaszka sie lekko spłaszczyła (znów moja wina, ale na szczescie udało sie to zniwelować i teraz główka jest perfekcyjna). Młody miał wzmożone napięcie i jedna strone skracał, wiec znów walka z ćwiczeniami i obwinianie ze nie zauważyłam :(
    A dodatkowo maz w pracy, rodzina daleko, sama w obcym mieście bez znajomych, recepta na niezła depresje.
    Przy Picie juz byłam silniejsza, mądrzejsza, dojrzałam do tematu. O pokarm walczyłam jak lwica i gdyby nie ten nieszczęsny kręgosłup to miałam plan karmić do roku, jednak zakończyłam na 10 miesiącach z których byłam dumna, choc żal było rezygnować. Młody tez miał wzmożone napięcie mięśniowe ale nauczona doświadczeniem wiedziałam, ze trzeba ćwiczyć i bedzie ok. Jedynie żółtaczka mnie przygnębiła ale to moja głupota ze dałam sie wypisać ze szpitala mimo watpliwości…
    Oba porody super, fantastyczna opieka (jednakże wszystko to zasługa taty/brata, którzy pracują w tym szpitalu, bo dzięki nim spojrzenie na „znajomego” pacjenta było przychylniejsze, a do porodu i na oddziale noworodków pokoje jednoosobowe).
    Kurczę to wszystko jest jednak w głowach mam, za duż czasem niemożliwego od siebie oczekujemy, oczekujemy ze będziemy znały rozwiazanie na wszystkie sprawy mimo, ze przeciez spotykamy sie z problemem pierwszy raz w życiu…

    • Magdalena Rowińska napisał(a):

      Trafnie to podsumowałaś – spotykamy się z sytuacjami o których nam nikt nie mówił (z perspektywy czasu to szkoła rodzenia nie nauczyła mnie NIC!), a staramy się każdej sprostać jak najlepiej, stąd to poczucie bezsilności. Mam nadzieję, że przy drugim będę silna jak Ty ;-))

  6. Marta napisał(a):

    napisałam podobny tekst u siebie, ale ty chyba ujęłaś to lepiej…
    taki ten nasz los matczyny…

    Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.